biuro@tmmb.pl
52 322 51 96
PKOBP 06 1020 1462 0000 7902 0018 6817
1,5%
Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy
WYWIAD Z KRZYSZTOFEM NOWAKOWSKIM SYNEM TADEUSZA NOWAKOWSKIEGO – Honorowego Obywatela Bydgoszczy
Aktualności

WYWIAD Z KRZYSZTOFEM NOWAKOWSKIM SYNEM TADEUSZA NOWAKOWSKIEGO – Honorowego Obywatela Bydgoszczy

29.01.2026

WYWIAD Z KRZYSZTOFEM NOWAKOWSKIM SYNEM TADEUSZA NOWAKOWSKIEGO – Honorowego Obywatela Bydgoszczy

/LONDYN, 14 PAŹDZIERNIKA 2025 ROKU/

 

Jakie były początki rodziny z Bydgoszczą?

Mój dziadek Stanisław przeprowadził się do Bydgoszcz z miejscowości znajdującej się 40 km od Poznania – Śrem. Tam były korzenie Nowakowskich. Pradziadek Adam został przewodniczącym Bractwa Kurkowego w Średnie w latach 90 XIX wieku, gdzie należał do strzelnicy funkcjonującej od czasów króla Jana Sobieskiego. W Śremie Pradziadek miał zakład produkujący buty na ulicy Rzecznej.

Następnie jego drugi syn Stanisław Nowakowski przeniósł się do Bydgoszczy, bo nie widział dużej szansy na karierę zawodową w Śremie. Został zatrudniony w Dzienniku Bydgoskim; pisał wiele, głównie pod pseudonimem. W mieście przebywał do 1911/1912 roku. Pewnego dnia znalazł się w kawiarni Patzera na ulicy Berlińskiej, gdzie jego uwagę zwróciła pewna młoda panna. Pocztą japońską wysłał karteczkę z informacją, że kłania się i pyta czy z piękną panną mógłby zatańczyć. Tak zaczął się związek dziadka i babci – Emilii Nowakowskiej z domu Gerke. To była polska rodzina z Brześcia Kujawskiego, ale było widać, że korzenie były niemieckie. Wynikało to z tego, że należała do kościoła ewangelickiego, co stanowiło wówczas problem. Dziadek był wychowany jako katolik, ale po zaręczynach wiadomość o niemieckich korzeniach mojej przyszłej babci doszła do właścicieli Dziennika Bydgoskiego. Wybuchł skandal. Wiara ewangelicka była uważana za wiarę czysto niemiecką. Jeśli Polak związał się z kobietą, która wyznawała tę wiarę to uznawany był jako „półzdrajca”.  Dano mojemu dziadkowi do zrozumienia, że współpraca z gazetą dobiegła końca. W kalendarzyku mojej babci, gdzie zapisywała najważniejsze wydarzenia, przy dacie 19-ego sierpnia 1912 roku jest krótka wzmianka – „Staś i ja pobraliśmy się.” A 20-ego sierpnia – „wyjechaliśmy do Ameryki.” Z kolei w dniu 1-ego września „przybyliśmy do Nowego Yorku”. Nota Bene: Dokumentacja z Ellis Island podaje datę jako 24-ego września!  Śledziłem jaką trasą tam dotarli. Pojechali do Bremen, a tam wsiedli na statek linii morskiej „Norddeutscher Lloyd” z Bremen do Nowego Jorku. Znalazłem w witrynie internetowej listę pasażerów statku SS George Washington, który przypłynął do Nowego Jorku 24-ego września 1912 roku. Znajdowali się na niej: Emilia i Stanisław Nowakowski. Podana została także informacja, gdzie mieli zamieszkać -  Orange County w stanie New York i dokładny adres. Znalazłem na Google Street View to miejsce. Jest to obecnie teren wiejski. Znajduje się tam gospoda i położona jest daleko poza miastami. Zatrzymali się u rodziny polskiej, chyba ich kuzyna.  Później była przerwa w notatkach. Kolejna informacja była taka, że Stanisław Nowakowski został zatrudniony w Milwaukee w Wisconsin. Został w tych okolicach wybrany pierwszy senator polskiego pochodzenia, Michał Kruszka, który prowadził drukarnię, gdzie wydawał polską gazetę[1] („The Polish Courier”). Dziadek został zatrudniony tak jako zecer, ale musiał się najpierw zapisać do Amerykanskiego związku zawodowego. Żonę zostawił w Nowym Jorku i choć próbował ją do siebie sprowadzić, niestety nie zarabiał na tyle dużo, aby wynająć samodzielnie mieszkanie. Para straciła także w tzw. międzyczasie dziecko, bo Emilia poroniła. Ona była bardzo nieszczęśliwa w miejscu, gdzie mieszkała. Po niecałym roku Stanisław otrzymał awans do Toledo w Ohio i został dyrektorem drukarni. Jednak para nie została długo w USA; uznali, że nie ma tam dla nich przyszłości. W dniu 16-ego czerwca 1913 roku wypłynęli z powrotem do Polski. Pojechali do Olsztyna.

A czy mieli jakieś związki rodzinne z tym miejscem?

Nie, chyba nie. Nie pamiętam, aby ktoś z rodziny tam mieszkał. W Olsztynie dziadek został zatrudniony w gazecie pruskiej, którą wydawano po polsku. W mieście była oczywiście mniejszość polska, do której ta gazeta była adresowana - „Pruski Przyjaciel Ludu”. W Olsztynie urodziło się im także pierwszego dziecko, synek Tadeusz. Chłopczyk po dwóch latach zmarł.

W Olsztynie zastała ich także I wojna światowa. Kiedy miasta wkroczyły wojska rosyjskie dziadek i wielu Polaków pomagało zbierać dla nich żywność. Co później okazało się pewnym problemem. Po bitwie pod Tannenbergiem Rosjanie zostali wyparci z miasta i wrócili Prusacy, którzy negatywnie zapatrywali się na wcześniejszą pomoc Rosjanom. Szczęśliwie dziadek mógł dalej pracować dla gazety i uniknąć poboru do wojska. W związku z tym, że formalnie był obywatelem pruskim groziło mu w czasie wojny powołanie.  Tylko dzięki temu, że pruscy właściciele gazety interweniowali w tej sprawie udało się uniknąć dziadkowi takiego scenariusza. Uważali, że Jego praca była trudna do zastąpienia i dzięki temu Stanisław nie został powołany. Natomiast jego młodszy brat Marceli został wysłany do wojska; przeżył wojnę, ale do końca życia pisane przez siebie wiersze kończył stwierdzeniem – „Verdun ukradła nam młodość!”  Cierpiał na syndrom powojenny.

Wracając do Stanisława Nowakowskiego – w Olsztynie wydawano także Gazetę Olsztyńską[2], której wydawcą był Seweryn Pieniężny. To była inicjatywa rodzinna, jednakże w czasie wojny zarówno właściciel jak i jego syn zostali powołani do wojska. Gazetę przejęła Pani Joanna Pieniężna, ale potrzebowała pomocy. Wiedza i doświadczenie jakie zaoferował Stanisław było bezcenne. W ten sposób pracował dla dwóch gazet. Po zakończeniu pracy w Pruskim Przyjacielu Ludu, szedł do drugiej pracy i tam przygotowywał kolejne wydania Dziennika Olsztyńskiego. Gazetę wydawano trzy razy w tygodniu. Odpowiedzialny był za całość – przygotowanie artykułów, skład i druk. Szczyt ironii polegał na tym, że pomimo tego, że nie poszedł do wojska został zatrudniony przez administrację pruską jako zastępca cenzora do kontrolowania treści Dziennika Olsztyńskiego i innych wydawnictw. Główny cenzor był Niemcem i w ogóle nie mówił po polsku. Stanisław Nowakowski jednego dnia pisał artykuły do Dziennika, a drugiego dnia sprawdzał swoją własną robotę jako cenzur!

Rodzinna Nowakowskich pozostała w Olsztynie do roku 1920 roku, kiedy w Warmi odbywał się plebiscyt, w którym miejscowa ludność decydowała o przynależności państwowej regionu. Stanisław bardzo angażował się w kampanię na rzecz polskiego Olsztyna i włączenia Warmii do Polski, ale niestety ostateczny wynik głosowania był negatywny. W efekcie dziadek znalazł się na „czarnej liście” u Niemców. Nie wiem, czy go zwolnili z pracy, czy sami Nowakowscy uznali, że nie mają przyszłości w Olsztynie. Postanowili wrócić do Bydgoszczy, gdzie wszystkie grzechy zostały mu odpuszczone. Stanisław ponownie został zatrudniony w Dzienniku Bydgoskim i pracował w nim do zakończenia aktywności zawodowej do 1939 roku.

Moja córka Natalia, która pisała doktorat o Fryderyku Jagiellończyku i musiała jeździć do Olsztyna do biblioteki, została spytana przez bibliotekarkę czy ma związek z rodziną Nowakowskich. Jak przyznała się do swojego pochodzenia – Tak, Stanisław Nowakowski to był mój pradziadek! – to zabrano ją do budynku, gdzie wydawano Gazetę Olsztyńską. Budynek ten został odbudowany, bo Niemcy zburzyli go na początku II wojny światowej. Znalazła tam Natalia wiele fotografii dziadka Stanisława. W Olsztynie urodził się także mój ojciec Tadeusz razem ze swoją siostrą Dziunią – to były bliźnięta.

Rodzinny dom znajdował się na Grunwaldzkiej i do niego nawiązywał Tadeusz Nowakowski w Obozie wszystkich świętych – najpopularniejszej powieści.

Tak, tam znajdował się ich rodzinny dom. Ten dom nadal istnieje. Mieszkali też w domu przy ulicy Podgórnej, niedaleko obecnego skweru Nowakowskiego, ale powiedzmy sobie szczerze ten dom jest obecnie ruiną. Razem z moją żona widzieliśmy go w czasie naszego ostatniego pobytu w Bydgoszczy, gdzie bardzo miło oprowadzono nas i pokazano ten budynek. Okna i drzwi zamurowane. Podobno problem polega na tym, że trudno ustalić, kim jest obecnym właścicielem.

W jakim domu wychował się Tadeusz Nowakowski?

Przypuszczam, że był to raczej inteligencki dom, w którym się dużo czytało, pisało, rozmawiało. Nie można zapominać, że drugim językiem był niemiecki. Rodzinne rozmowy pewnie mieszały się raz po niemiecku raz po polsku, ale dzięki temu Tadeusz doskonale znał ten język, co mu w pewnym momencie uratowało życie.

Tadeusz w Bydgoszczy przeszedł cały proces edukacji i od najmłodszych lat pisał.

Tak, dokładnie. Skończył szkoły podstawowe i gimnazjum im. Rydza-Śmigłego w Bydgoszczy; pisał wiersze, felietony, startował w wielu konkursach. Zaangażowany był w harcerstwo – Błękitną Czwórkę. Pisał do czasopisma Ogniwa; występował w Rozgłośni Pomorskiej Polskiego Radia. Jednak z anegdot rodzinnych jest taka, że w wieku 16-17 lat musiał nosić do szkoły mundur łącznie z białymi rękawiczkami. Podczas randki nie chciał się jednak pokazywać w tym ubraniu i przebrał się w rzeczy powiedziałbym „cywilne”. Poszedł do parku i pech chciał, że przechodził tam akurat dyrektor szkoły, który zwrócił uwagę: „Nowakowski, jak śmiecie się pokazywać bez białych rękawiczek, bez mundurku!” i dostał dwa razy po twarzy. Ojciec mówił, że było mu strasznie głupio przed panną, z jaką się spotykał.

Czy Tadeusz miał swoje ulubione miejsca w Bydgoszczy, o których wspominał?

Na pewno miał, ale trzeba pamiętać, że ja byłem małym chłopcem jak mi mówił czasami o Bydgoszczy i tak samo jak miasto jak cała Polska była dla mnie „terra incognita”. Wiem, że w Bydgoszczy zawsze harcerstwo mu blisko serca leżało, często o nim wspominał i o wycieczkach.  

Tadeusz był bardzo aktywnym i społecznie zaangażowaną osobą. Jak spędzał wolny czas?

Poza aktywnością publicystyczną, pisarską, ojciec był też bardzo usportowioną osobą. Znakomicie pływał; lubił jeździć rowerem, nie pamiętam go, aby biegał. Bardzo lubił jazdę na nartach, mimo, że złe widział będąc ślepym na jedno oko….przynajmniej po wojnie.

Po zdaniu matury w 1938 roku rozpoczął maturę na polonistyce na Uniwersytecie Warszawski. To był oczywisty wybór dla niego?

Nie pamiętam, czy to była polonistyka czy historia literatury niemieckiej. Tego nie wiem. Szalenie lubił literaturę, zwłaszcza niemiecką, chociaż to był 110% patriota polski. Niemiecki był dla niego drugim językiem; lubił Schillera.

Studiów nie skończył. Przerwała je wojna. Jak przeżył pierwsze dni wojny?

Cała rodzina uciekła do Włocławka. Tam ojciec został aresztowany. Dziadek Stanisław w jakiś sposób dostał się do Łodzi i niefortunnie wpadł w pułapkę. Niemcy sprawdzili jego przeszłość i wysłali do obozu koncentracyjnego. Rodzinna legenda głosi, że gestapowiec który go przesłuchiwał w więzieniu pamiętał go z Bydgoszczy, gdzie przed wojną pracował jako kelner w jednej z restauracji. Pamiętał, że Stanisław dawał zawsze hojny napiwek i z tego powodu go nie rozstrzelali tylko wysłali do obozu w Sachsenhausen a stamtąd do Dachau.

Niedawno dowiedziałem się z archiwum z Dachau, że data zgonu podana na świadectwie nie zgadza się z ostateczną datą zgonu. Dziadka wysłano z Dachau do Schloss Hartheim – to było takie centrum, gdzie wysyłano osoby niezdolne już do pracy i tam ich mordowano w komorze gazowej.  Widocznie dziadek był w takim złym stanie i nie mógł już pracować, więc został wysłany na śmierć.

A Tadeusz?

Tadeusz został we Włocławku aresztowany przez Niemców w związku ze swoja działalnością dziennikarską; pisanie w jakichś propolskich pisemkach. Za tę działalność dostał 25 lat ciężkich robót w obozach. Jak opowiadał Tadeusz, znalazł się przed sądem niemieckim, który działał jak pas transmisyjnych i wydawał szybkie wyroki i kary śmierci. Tuż przed wydaniem wyroku Tadeusz odwrócił się do przewodniczącego sądu po niemiecku: „Zaraz, zaraz, wysoki sądzie, jaka jest ta niemiecka sprawiedliwość? Prokurator siedzi w rozwiązanym krawacie, czyta jakąś pornografię. Mój obrońca milczy!  Tutaj jest chaos i bałagan. Ja protestuję!”  Sędzia odwrócił się do prokuratora, zwrócił uwagę na jego zachowanie i kazał natychmiast doprowadzić się do porządku dodając jak to możliwe, że ten Polak będzie nam zwracał uwagę, jak ma funkcjonować nazistowski sąd! Oczywiście, trzeba pamiętać, że cokolwiek mówił Tadeusz to zawsze było opowiadane bardzo barwnie. On miał wyobraźnie, potrafił opowiadać historie. Ale na pewno coś w tym musiało być.

Opowiadał też, że z jednym z obozów, w których był przetrzymywany ktoś uciekł i zorganizowano apel, aby pozostałe osoby poniosły karę za zachowanie uciekiniera. SS-man zaczął odliczać do trzech, aby wystąpiły kolejne osoby, które miały zostać rozstrzelane. Trafiło między innymi także na Tadeusza, który gdy usłyszał „Drei!” wybuchł śmiechem. Taka ironia, tyle udało mu się przeżyć, a teraz miał zginąć. SS- man, który uważał, że wybuch śmiechu Tadeusza do dowód prawdziwego męstwa, policzył raz jeszcze „ist numer drei” a do Tadeusza „Du bist numer dzwei!”

A czy Tadeusz Nowakowski wspominał czas, który przeżył w obozach?

Pytałem go kiedyś Tedek, (tak się do niego zwracałem) - jak ty przeżyłeś obozy? Jak sobie dałeś radę? Odpowiedział, że pierwsza istotna rzecz to musisz się zaprzyjaźnić z kucharzem. Potem, poznaj strażników. Niektórzy są strasznymi sadystami i trzeba ich unikać, ale czasami się tak zdarzyło, że są ludzie, którzy traktowali swoje zajęcie jako pracę i znaleźli się tam przez przypadek. Jak doszło do sytuacji, w której mieli go bić to Ojciec strasznie krzyczał, symulował ból, a strażnicy nie musieli dużo robić. Mówił: Ja wiem, że on musi mnie bić; on wie, że musi mnie bić. Czasami takim sposobem udawało mu się przeżyć trudne chwile.

Tadeusz wykorzystywał swój talent do opowiadania i wieczorami w obozie prezentował różne historie a nawet bajki. Zjednywał do siebie osoby, z którymi był osadzony, co czasami pomagało. Dostawał od nich wsparcie. Szczególnie jak to byli niemieccy więźniowie – zwykli prości zbrodniarze - i Tadeusz potrafił po niemiecku nawiązać z nimi kontakt. Ci bandyci przyjęli go, a przez to, że mieli lepsze warunki to podzielili się jedzeniem.

Kolejna historia, której nie potrafię zweryfikować – Już prawie pod koniec wojny - Tadeusz podczas transportu z obozu poznał grubo starszego niemieckiego więźnia. W pewnym momencie, jak pociąg mijał pewne miasto, on ojcu powiedział, że jak będzie miał możliwość ucieczki to ma się udać pod wskazany przez niego adres i powiedzieć, że to od niego. „W tym miejscu mieszkają dobrzy Niemcy, którzy Ci pomogą”. Tak się złożyło, że był nalot aliantów i pociąg się zatrzymał. Drzwi się otworzyły. Tadeusz zostawił tego współwięźnia i uciekając przez las, udał się pod wskazany przez niego adres. Miasto się paliło po nalocie. Po drodze zerwał swoje ubranie obozowe i udawał szaleńca w amoku, krzycząc po niemiecku jakby był ofiarą bombardowania. Aż dotarł pod ten adres… Dobre story, ale nie wiem, gdzie u Tadeusza była granica pomiędzy prawdą a fikcją!

Tadeusza koniec wojny spotkał w brytyjskiej strefie okupacyjnej. Jakie były jego losy?

Tak, Tadeusz przebywał w wielu obozach i przenoszony był kilka razy. SS-mani dowiedzieli się, że doskonale mówi po niemiecku, że interesował się literaturą niemiecką, i z poczuciem złośliwej ironii, kazali mu siedzieć w celach, gdzie dyktowano mu ostatnie listy do rodziny osób skazanych na śmierć. Wiele miesięcy musiał spędzać z kolejnymi osobami, którzy oczekiwały stracenia nad ranem. To musiało na niego wpłynąć w bardzo drastyczny sposób. Dla wrażliwego człowieka to nie jest łatwe przeżycie. W pierwszej swojej książce Szopa za jaśminami opisuje egzekucję jednej z dziewczyn, którą powieszono. Tadeuszowi i jeszcze jednej osobie kazano następnego dnia ją ściągnąć z szubienicy. Kiedy to zrobili to ona zaczęła wrzeszczeć. Oni wpadli w szok, upuścili zwłoki i zaczęli uciekać. Jak pętle zdjęli to do płuc dostało się powietrze i stąd ten krzyk. Tadeusz opowiadał, że to dla niego było makabryczne przeżycie.

Często wracał do wspomnień obozowych?

Nie, przy mnie nie. Może przy mojej mamie. Ale wiem, że nigdy spokojnie nie spał. Często wrzeszczał nocą. Kiedy pojechałem odwiedzić go w Monachium i moim samochodem udaliśmy się do Wiednia, spaliśmy w jednym pokoju w pensjonacie. Ja nie mogłem spać, bo on cały czas krzyczał, wrzeszczał, przewracał się w łóżku, rzucał nogami i rękami. Moja mama powiedziała mi później, że on regularnie tak się zachowywał i dlatego nie spali razem. Tak się rzucał, tak się męczył w nocy. To z pewnością efekt jego wojennych przeżyć.

Po zakończeniu wojny myślał o powrocie o Polski?

Nigdy nie wiedziałem, jakie są jego poglądy polityczne. Im starszy się stawał tym raczej były bardziej prawicowe. Nie jakieś ultra, ale z perspektywy amerykańskiej był raczej republikaninem niż demokratą. Na ogół o polityce głośno się nie mówiło. Był bardzo antykomunistyczny i z tego co wiem, nigdy nie przychodziło mu do głowy, żeby wrócić do Polski. Tak też mówiła mi mama, która poznał w Maczkowie.

Bał się reakcji władz komunistycznych?

On przed wojną się nikomu nie naraził. Był za młody, aby mieć jakąś przeszłość polityczną. Ale w Polsce po wojnie sytuacja była jednoznaczna – albo jesteś z nami – albo przeciw. Raz tylko jak pracował w Wolnej Europie i matka Tadeusza  była w szpitalu, zadzwoniła do niego jego siostra Dziunia. Powiedziała mu, że matka jest w kiepskiej formie i chciała go uprzedzić, że jest umierająca. Rozmowę telefoniczną przerwał w pewnym momencie męski głos i Tadeusz usłyszał: „Panie Nowakowski, jeśli chcecie wrócić i ostatni raz matkę zobaczyć to damy Wam wizę. My mamy serce, mimo tego co o nas myślicie„

A jak Tadeusz dostał się do Londynu?

Ojciec  dostał się z moją mamą do Londynu w 1946 roku. Związek małżeński zawarli w Maczkowie – dawny niemiecki Haren[3], gdzie w tym czasie zawarto łącznie 256 małżeństw. Zaraz po wojnie Niemców z tego miasta wyrzucono siłą i osiedlono tam Polaków. W Rzeczy nazistowskiej po zakończeniu wojny było 3,5 mln Polaków, większość z nich to osoby z obozów pracy, z KZ-ów, z łagrów itd. Polacy prowadzili miasto Haren/Maczków do 1948 roku.  Był polski burmistrz i polska rada miasta. U nas w Instytucie (Instytut i Muzeum gen. Władysława Sikorskiego – przyp. RG) są informacje na temat tego jak wyglądało życia w Maczkowie. Wiele ciekawy historii jest w tych materiałach zapisanych, czasami nawet z kronikarską precyzją. Na przykład w spisie komitetu bezpieczeństwa zapisano – 3 morderstwa; kradzież przy pomocy broni palnej – 5; liczba ukradzionych jabłek z sadu – 256 ! (śmiech). Zacząłem czytać dokumentację, którą mamy tutaj u nas w archiwum. Zauważyłem w protokołach rady miasta, że często był obecny  radny Nowakowski. Spytałem mamy o to – czy ojciec pełnił tę funkcję? Ona nie wiedziała do końca co on robił. Zauważyłem też, że dyrektorem liceum w Maczkowie był dr Tadeusz Nowakowski i nauczycielem języka polskiego był …Tadeusz Nowakowski. Pierwszy z nich był także przy okazji radnym, a mój ojciec nauczał w tym liceum.

Dzięki temu, że szwagier Tadeusza – Ryszard Kiersnowski – był kapitanem w Polskiej Dywizy Pancernej- rodzice dostali papiery na wjazd do Anglii. Podróż musiała się być organizowana przez wojsko polskie, a więc ciężarówką od Maczkowa aż do południowych Włoch a dalej stadkiem do Liverpoolu. Matka była już w ósmym miesiącu ciąży! Dopłynęli do portu w grudniu 1946 a stamtąd od razu to miasteczka Penley w Wali, gdzie był polski szpital. Po moim urodzeniu rodzinna przeniosła się do Londynu.

Te przeżycia były podstawą do napisania historii Polaków powieści Obóz wszystkich świętych, której akcja odbywa się w Papenbergu?

Tak, oczywiście.

A jak rodzice się poznali?

Moja matka pochodziła z Nowogródka, ale wojnę spędziła w Warszawie. Mieszkała na Pradze i pracowała w konspiracji. W czasie godziny W miała swój posterunek na Starówce, ale niestety druga część miasta została szybko odcięta i nie dotarła do centrum. Mama wiele ciekawych i jednocześnie strasznych historii z tego okresu. Opowiadała, jak Berlingowscy starali się pomóc powstańcom, choć oczywiście nie było łatwe, bo Stalin Berlingowi nie pozwalał na zaangażowanie się w działania powstańcze. Co prawda polscy żołnierze starali się przedostać przez Wisłę, ale to było bardzo trudne i byli narażeni na niemiecki ostrzał. Wiele ich zginęło.

Jak Niemcy wycofali się po powstaniu z Warszawy, po stronie Pragi zebrał się podekscytowany tłum Polaków z flagami i trąbkami i ruszyli na drugą stronę miasta. I nagle stanęli. Tłum zamilkł. Patrząc na druga stronę Wisły ktoś powiedział – „Jezus Maria… tam nic nie ma.”

Mama wspominała także sytuację, kiedy po wejściu do miasta wojsk rosyjskich, zajęli sąsiednie mieszkanie. Na początku miała szczęście, bo oficer, który zakwaterował się był na poziomie. Pięknie grywał na ortepianie i nie sprawiał żadnego problemu. Jednak tuż po nim wprowadził się jakiś rosyjski chuligan w mundurze i matka musiała opuścić mieszkanie, bo bała się o swoje bezpieczeństwo i przez 3 tygodnie spała u koleżanki.

Z kolei brat mojej mamy – Ryszard Krasowski – wyjechał z Warszawy w 1939 ze swoją żoną, żydówka, bo bali się oczywiście o jej bezpieczeństwo. Dostali wizę i pojechali pociągiem do Moskwy, a dalej do Władywostoku. Następnie do Japonii i Ameryki, gdzie on zaciągnął się do polskiego wojska. W dywizji gen. Maczka.

Ryszard Krasowski po zakończeniu wojny otrzymał dokumenty, które umożliwiały połączenie z rodziną i ściągnięcie matki, siostry i syna. Dzięki temu Teresa Kiersnowska, moja mama, opuściła Warszawę i dostała się do Maczkowa. Pewnego dnia przyszedł do ich mieszkania na Pradze mężczyzna, który powiedział, że następnego dnia o 5 nad ranem mogą uciec z miasta. Podróżując różnymi środkami transportu rodzina ostatecznie wsiadła do Pilzna, które na początku było jeszcze w amerykańskiej strefie wpływów. Dotarli tam o północy i byli na początku przerażeni co dalej. Zaczepili przypadkowego żołnierza – Polaka!  i on ich pokierował do Ryszarda.

Mój ojciec Tadeusz dostał się do Maczkowa inną drogą, bo obóz niemiecki w którym się znałaś był wyzwolony przez wojska Brytyjskie. W Maczkowie rodzice się poznali i tam się pobrali.

Z Maczkowa dostali się do Londynu?

Tak, wszyscy chcieli wyjechać do Londynu! Zanim do tego doszło była jeszcze ciekawostka w samym Maczkowie. Wiosną 1946 roku była straszna powódź; moja mama była już ze mną w ciąży. Tadeusz nosił ludzi przez wodę; był dobrze zbudowany i mówił, że jak urodzi się syn to będzie Krzysztof, tak jak święty Krzysztof -  i dlatego jestem Krzysztofem!

W Maczkowie były różne problemy. Uzyskanie dokumentów, aby wyjechać do Londynu było trudne. Potrzebne były znajomości i wielokrotnie cofano decyzję o wyjeździe. Moja mama powiedziała, że to był bardzo złośliwy okres. Transport ciężarówek z granicy niemiecko-holenderskiej, gdzie leżało Maczkowo, do Ankony w Włoszech był kłopotliwy. Stamtąd popłynęli do Liverpoolu skąd zabrano moją mamę, w 9. miesiącu ciąży do Wali, bo tam był szpital polski. Dlatego mam metrykę urodzenia napisaną po walijsku!

Co dalej? Czy Tadeusz miał jakieś plany?

Nie bardzo. Logicznie chcieli pojechać do Londynu, bo tam mieli kontakty, w tym Ryszarda Kiersnowskiego i polska inteligencja już się tam zbierała. Dlatego, jak tylko mama była gotowa do podróży, pojechali do Londynu. Tam znaleźli mieszkanie na Ladbrooke Grove; dom wynajmowany był przez Polaka. Nikt nie wiedział skąd on miał środki na zakup nieruchomości (ale wiele Polaków tak robiło.  Rodzice płacili mu 5 funtów tygodniowo, a przeciętny zarobek wynosił 6 funtów tygodniowo. Na szczęście ojciec  był już zatrudniony w Światpolu[4] i był w stanie zapłacić za wynajem. Światpol to była polska firma wydawnicza. Tadeusz wydał tam swoją pierwszą książkę – Szopę za jaśminami.

To z pewnością nie była praca jakiej oczekiwał?

Z pewnością nie. Później przeprowadzili się do Domu Pisarza na Finchley Road[5], gdzie mieliśmy jeden pokój, wspólną kuchnię i łazienkę. Mieszkało tam już wielu pisarzy. Można byłoby o tym okresie napisać osobną książkę. Mieszkał tam na przykład Staszek Gliwa[6] – bardzo znany grafik w Londynie i miał swoją oficynę na strychu. Często do niego chodziłem, aby patrzeć jak pracuje. Tak się złożyło, że Gliwa był w 1945-roku w  Ankonie, a mój teść Tadeusz Podgórski[7], który został aresztowany po powstaniu i po wyzwoleniu trafił do II Korpusu do Ankony i stamtąd do Wlk. Brytanii. Pewnego dnia w Domu Pisarzy  jako mały dreptak  odwiedziłem po raz kolejny Gliwę.  A u niego był Podgórski, który się ze mną bawił i nie był wówczas świadomy, że ten chłopczyk na jego kolanach to przyszły zięć !

A co poza pracą w Światpolu?

Po pracy, głównie wieczorami, Tadeusz pisał swoje dzieła. Siedział w rogu i pisał na maszynie przy słabym świetle. Pisywał swoją książkę, pisał do Dziennika, miał już swoją renomę jako pisarz emigracyjny. Swoją pozycję wypracował jednak głównie w Londynie.

Pisanie miało wówczas dla niego znaczenie oczyszczające. Chciał wyrzucić z siebie to wszystko czego doświadczył w czasie pobytu w obozach. Szopa za jaśminami w gruncie rzeczy to jest autobiografia oparta na jego przeżyciach obozowych. Kilka razy musiałem się zabierać, żeby to przeczytać. To jest ciężka literatura.

Jak rozpoczęła się współpraca z Radiem Wolną Europą?

Ta współpraca rozpoczęła się już w Londynie. Jak było wiadomo, że radiostacja ma powstać w Monachium, Tadeusz otrzymał propozycję pracy i ją przyjął. Pamiętam naszą podróż z Londynu do Monachium, gdzie dotarliśmy samolotem. W 1950 roku to było coś! Rodzice po raz pierwszy lecieli samolotem; oboje byli w dużym stresie. Poddenerwowanie wynikało także z tego, że wracali do Niemiec. Pamiętam, że w Monachium przy lotnisku czekała na nas taksówka – przedwojenny Mercedes – który zabrał nas do hotelu, niedaleko głównego dworca kolejowego. Budynki do okoła były bardzo zniszczone na skutek wojennych nalotów. Pamiętam, że wszędzie było wiele gruzów. Widziałem gruzy wcześniej w Londynie, ale nie do takiego stopnia jak w Monachium. Dla 4-letniego dziecka urodzonego zaraz po wojnie gruzy nie były niczym specjalnym, dopiero później zrozumiałem co to znaczy.

Mieszkaliśmy na początku w Hotelu Wolf – tam mieliśmy jeden pokój. Na początku codziennie przyjeżdżał po ojca samochód z amerykańskim szoferem, aby zabrać go do radiostacji. Nie pozwalano, aby Polacy mieszali się z Niemcami. W samym hotelu było dosyć skromnie i nie mieliśmy kuchni. Mama musiała sobie jakoś radzić.

Po jakimś czasie Amerykanie przenieśli nas do mieszkania w bardzo eleganckiej dzielnicy Harlaching, gdzie przy ulicy Lindenstrasse 1 było nasze mieszkanie. Mieszkaliśmy tam do samego końca, tj. do momentu, kiedy z matką opuściliśmy Monachium w 1956 roku.

Tadeusz był jedynym żywicielem rodziny?

Mama też zaczęła pracować w Radiu Wolna Europa (dalej RWE). Była spikerką, bo miała bardzo dobry głos. Nagrała nawet początki Pana Tadeusza, które mam na płycie do dzisiaj. Jej słowa były jednymi z pierwszych nadanych do Polski przez RWE.  W zasadzie pracowała codziennie, choć w innych godzinach. Mną opiekowała się pielęgniarka – Frau Richter. Mama była oburzona – co to będzie, że Niemka będzie mnie pilnowała! Jednak od Frau Richter nauczyłem się mówić po niemiecku.

Czy to było trudne, aby wyjechać po wojnie do Niemiec do pracy? Czy rodzinnie lub towarzysko było to przedmiotem dyskusji?

Matka była bardzo niepewna co do tego. Widziała jak wyglądała Warszawa w czasie wojny; jak ciężko było jej przeżyć w czasie okupacji. Pracowała przez cały czas w żydowskim zakładzie krawieckim; właściciel oczywiście nie mógł go oficjalnie prowadzić i robił to w jego imieniu Polak. Pan Zilberstein przychodził i tylko doradzał. Mama zawsze mówiła, że to był uroczy Pan i pomagał pracownikom jak mógł. Organizował nawet jedzenie dla pracowników. Zmarł na zapalenie płuc zanim zamknięto getto. W tej pracowni mama wszywała depesze z Londynu, głównie w krawaty i zanosiła je po różnych adresach.  Raz została zatrzymana przez Niemców, ale po sprawdzeniu jej „kenkartę”, (czyli dowód osobisty) puścili ją.

Wiem, że w tym samym czasie- mówiąc o latach 1950 -mój teść dostał ofertę pracy w RWE. Jego żona całą wojny spędziła w Niemczech na przymusowych robotach będąc młodą dziewczyną. Ona stanowczo nie zgodziła się na wyjazd. Powiedziała, że nigdy nie pojedzie do Niemiec. Dopiero w latach 60., jak minęło trochę czasu, to zmieniła zdanie.

Jakie były okoliczności, w jakiś dostał ofertę pracy w Wolnej Europie?

Tego dokładnie nie wiem. Prawdopodobnie dzięki pracy w Światpolu, która przyniosła mu pewną renomę. Nie wiem czy on zwrócił się do nich, czy oni do niego. Jednak raczej oni skontaktowali się z nim.

Rozpoczęcie pracy w RWE wiązało się ze szczególnym zadaniem – przygotowanie pierwszej audycji, jaka była nadawana. Czy Tadeusz wspominał ten moment?

W gruncie rzeczy mało wspominał o samych początkach. Wydarzenie, o którym rodzice wspominali, to samobójstwo niemieckiego technika, który zrzucił się przez okno. 

Wiem, że na początku studia RWE były na Prince Regenten Strasse. Później umieszczono radiostacje w nowoczesnym budynku przy Englisher Garten.  Każdy pracownik mógł liczyć na duże profity polegające na dostępie do amerykańskich sklepów PX, czyli sklepy zapasowe dla amerykańskich żołnierzy. Matka była zachwycona. Wybór asortymentu był bardzo duży i było też niesolone masło (Śmiech). W Wlk. Brytanii w ogóle takiego nie sprzedawano w tym czasie.

Ja bawiłem się z chłopcami z rodzin amerykańskich, ale także niemieckich. Pamiętam śmieszną sytuację, gdy pewnego dnia pojechaliśmy z niemieckim kolegą Erwinem czatować na Amerykanów!  Byłem bardzo naiwny i nie wiedziałem co ja robię. Kolega wskazał na Amerykankę i powiedział, że to straszna kobieta i strzelaliśmy do niej z wiatrówki, a potem uciekaliśmy. Ona zaczęła krzyczeć na nas i mówiła, że dzwoni na policję (Śmiech).

Równolegle z pracą w RWE Tadeusz cały czas pisał, prawda?

Tak, pisał wówczas Obóz wszystkich świętych.

Właśnie. Książka została wydana w 1957 roku. To wyjątkowa publikacja, bo Tadeusz po raz pierwszy poruszył temat relacji polsko-niemiecki, w tym temat winy za popełnione zbrodnie.

Tak, zgadza się. Miasto Bydgoszcz było tutaj kluczowe, bo posiadało silne tradycje niemieckie. Jeśli było jakiekolwiek centrum we wszechświecie, gdzie można było połączyć polskość z niemieckością to właśnie w Bydgoszczy. Tadeusz miał oczywiście mentalność polską, ale znał także mentalność niemiecką. Zawsze się śmiał, że jak chcesz coś załatwić w Niemczech to musisz jednoznacznie krzyczeć, bo wtedy wszyscy myślą, że masz autorytet i będę Ciebie słuchali!

Raz miał przygodę - wracając z pracy. Na przystanku tramwajowym zauważył Niemca, który nosił czapkę z przypinkami. Zauważył, że jedna z nich przedstawiała znaczek jego drużyny harcerskiej z Bydgoszczy. Zapytał skąd on to ma. Usłyszał w odpowiedzi: Co Pana to obchodzi? Tadeusz powiedział, że chciałby ją odkupić i poprosił, aby poszli za róg. Gdy tam trafili ojciec dał mu w twarz i znaczek zdjął z czapki. Ojciec był dobrze zbudowany i silny!

Z kolei, jego brat Jurek, który został w Polsce, był bardzo chudy. Tadeusz w porównaniu do niego wyglądał jak Herkules. Kiedy spotkali się po latach gdzieś na plaży we Włoszech i zrobiono im zdjęcie, Tadeusz napisał na zdjęciu: „Kapitalizm i Komunizm” (Śmiech).

Pobyt w Monachium to był także czas zbliżenia do niemieckiej elity, prawda?

Tak, zdecydowanie. Miał kontakt z Tomaszem Mannem, z Günterem Grassem. Ojciec angażował się w działalność niemieckiego Pen Clubu, który był poparty finansowany przez Herr Balzen (właściciel fabryki biskwitów).  Pan Balzen zorganizował kiedyś bal dla niemieckiego Pen Clubu i akurat ja byłem w Monachium, więc dołączyliśmy tam razem. Miałem samochód Opla, którego kupił mój teść. Cena była niewielka, bo w Monachium była burza gradowa i karoseria Opla została powgniecana. Co drugi samochód w Monachium był poobijany. Pojechaliśmy zatem z ojcem do pięknej i dużej willi Balsena i ja zaparkowałem obok pięknych samochodów- luksusowymi czarnymi Mercedesami- tym poobijanym żółtym Oplem. Poznałem tam Guntera Grassa.

Temat relacji polsko-niemieckich wracał często w Waszych rozmowach?

Oczywiście, rozmawialiśmy o tym. Pytałem go, jak on może funkcjonować w Niemczech przez pryzmat jego wojennych przeżyć, czy śmierci ojca w obozie koncentracyjnym? On powiedział: Wiesz, nie można zapomnieć. Można starać się wybaczyć. Dodał też: Ale komu wybaczać? Młode pokolenie, które nie miało nic z tym wspólnego? Jest jak jest. Nie można żyć w wyłącznie w historii. Trzeba myśleć o przyszłości. Taka była jego filozofia.

Odważna postawa w tamtym czasie.

On się dobrze czuł w Monachium. Był gawędziarzem; dobrze mówił po niemiecku. Dobry głos i doskonały akcent. Był swego rodzaju personality w Bawarii.

Czy odpowiedzialność Niemiec za działania w czasie wojny były przedmiotem dyskusji z osobami z polskiej elity?

Na początku tak, ale później już coraz mniej. Miał autorytet jako polski pisarz. Niemcom też zależało na kontakcie z Tadeuszem, aby pokazać, że są inni niż byli w stosunku do Polaków.  Tadeusz oczywiście nigdy nie zapomniał o swojej historii i przeżyciach czasu wojny. Utrzymywał stały kontakt z polską elitą w Londynie.

W jednej z recenzji jego dorobku pisarskiego znalazłem określenie, że jego książki były „bogoszczelne”. Nie szukał odniesień do wiary, eschatologii, wytłumaczenia tego co się stało w czasie wojny przez pryzmat religii.

Ja nigdy nie byłem przekonany co do wiary Tadeusza. To jest oczywiście ironia, że później był reporterem papieża Jana Pawła II. On uznawał, że kościół odgrywał kolosalną rolę w życiu społecznym, w szczególności w Polsce. Nigdy nie był religijny, nie chodził regularnie do kościoła. To moja matka dużo częściej praktykowała wiarę. W Monachium to w ogóle było trudne, bo w naszej okolicy były tylko kościoły niemieckie. Kościół polski był daleko a myśmy nie mieli samochodu.

Także Tadeusz uznawał rolę kościoła i znaczenie polskiego papieża, ale nie szła za tym jakaś głęboka wiara. Ale na pewno nie był ateistą.

Jak doszło do współpracy Tadeusza Nowakowskiego z papieżem?

Tego niestety nie wiem, bo już wówczas nie mieszkałem z ojcem. Myślę, że prawdopodobnie RWE wysłała go do Watykanu, skoro to była taka sensacja, że mamy papieża Polaka. Miał na początku nagrywać słuchowiska dla RWE i puszczać dla słuchaczy za żelazną kurtyną. Z tych materiałów powstało później wiele książek.

Kiedy kończy się współpraca Tadeusza Nowakowskiego z RWE?

Współpraca trwała do czasu, kiedy przeszedł na emeryturę, na którą przeszedł bardzo niechętnie z resztą. Dokładnie nie wiem, który to był rok. Bardzo niechętnie opuścił Monachium. Fakt, że musiał opuścić mieszkanie, które było radiowe. Nie wiem, dlaczego nie kupili tam własnego mieszkania. Potem zaczął wędrować. Stosunki z jego drugą żoną już właściwie nie istniały. Przyjeżdżał też do Polski, bo można było to robić bez problemu i miał też polski paszport.

Raz całkowicie przez przypadek trafiłem na niego w Warszawie na lotnisku Chopina. Wyszedłem z lotniska i nagle patrzę, idzie ktoś bardzo podobny do ojca. To jednak był on! Nie poznałem go. Szczupły, nieogolony, włosy długie, poplamiona kurtka. Nie poznał mnie, bo był już prawie ślepy. Podszedłem do niego i spytałem „Tedek- to Ty?” Poznał mnie po głosie. To było dla mnie bardzo smutne spotkanie. To był już szczępek człowieka. On właśnie wybierał się lotem do Monachium.

Następny raz zobaczyłem go tuż przed śmiercią. Przyjechałem specjalnie do Warszawy, bo otrzymałem telefon z Polski, że jest w bardzo złym stanie. Ostatecznie na swoje życzenie został przewieziony do Bydgoszczy, gdzie zmarł.

Często wracał do swojej twórczości? Jaki gatunek był mu najbliższy?

Chyba najbardziej czuł się jednak radiowcem. Jak wracał z pracy z RWE to często brał mnie na kolana i razem słuchaliśmy jego audycji. Chciał usłyszeć jak jego słuchowiska wypadły i usłyszeć swój głos.

To chyba rzadkie, aby lubić słuchać swojego głosu.

 Tak, na pewno rzadkie. Ale strasznie to lubił. Był też wielkim bałaganiarzem. W swoim biurze miał góry papierów, notatek. Tylko on wiedział, gdzie co jest. Pośrodku biurka było niewielkie miejsca na maszynę do pisania. U nas w domu w swoim pokoju miał taki sam bałagan ku wielkiemu żalowi swojej żony.

Dziękuję za rozmowę.

 

Tadeusz Nowakowski (1917-1996) – pisarz, publicysta, reporter Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, gdzie sprawozdawał z procesów niemieckich zbrodniarzy wojennych. Uczestniczył w 30 pielgrzymkach Jana Pawła II, na podstawie których napisał szereg reportaży: Reporter Papieża (1981), Volo Papale (1982). Był niezwykłym erudytą, gawiędziarzem. Jego najwybitniejsze dzieła literackie to: Szopa za jaśminami (1948), Obóz Wszystkich Świętych (1957), Saga rodu Radziwiłłów (1966), Byle do wiosny (1975). Był także zaangażowany w działalność społeczną jako delegat Rządu RP w Londynie na obszar Niemiec, członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych, Stowarzyszenia na rzecz Porozumienia Niemiecko-Polskiego w Monachium. Został honorowym obywatelem Bydgoszcz i Olsztyna.



[1] Stanisław Nowakowski pracował jako zecer i dziennikarz „Kuriera Katolickiego” w Toledo oraz Kurierze Polskim w Milwaukee.

[2] Gazeta Olsztyńska była głównym organem agitacji na Warmii i budziła świadomość narodową wśród polskiej ludności.

[3] W maju 1945 roku żołnierze 1. Dywizji Pancernej wysiedlili wszystkich mieszkańców z miasta Haren, które znajdowało się w Dolnej Saksoni. Osiedlili się tam Polacy, którzy uczynili z miasta namiastkę Polski. Sprowadzono tam ok. 5 tys. Polaków, którzy zostali uwolnieni z obozów pracy i jenieckich. W Maczkowie, jak ostatecznie nazwano miejscowość (pierwsza nazwa to Lwów), funkcjonowały władze samorządowe – burmistrz i rada miasta, szkoły, drużyna harcerska, szpital, kino, biblioteka i polska parafia. Wydawano także polskie gazety. Ostatni cywile opuścili Maczków w sierpniu 1948 roku.

[4] Światpol – Światowy Związek Polaków z Zagranicy

[5] Domu Pisarz na Finchely Road był schronieniem dla wielu polskich literatów i pisarzy. Mieszkali tam m.in. G. Herling-Grudziński, W. Gombrowicz.  

[6] Stanisław Gliwa (1910-1986) – artysta-drukar, linorytnik. W czasie wojny został internowany w Łucku i przez lata przebywał w sowieckich obozach. Opuścił ZSRR na mocy paktu Sikorski-Majski i z armią gen. W. Andersa przeszedł cały szlak bojowy. W tym czasie rysował często sceny batalistyczne i wizerunki towarzyszy broni. Opracował graficznie 1 i 3 tom dzieła Melchiora Wańkowicza Bitwa o Monte Cassino. 

[7] Tadeusz Podgórski (1919-1986) – żołnierz AK, w czasie wojny pisywał do pism podziemnych Zryw, Kadra, a później pism emigracyjnych. Reprezentował PPS w emigracyjnej Radzie Narodowej. Był bliski współpracownikiem Adama i Lidii Ciołkoszów. Od 1965 do 1985 roku pracował w redakcji Radia Wolna Europa. 

O Bydgoszczy

02.02.1923

Zebranie założycielskie

Ówczesny prezydent dr Bernard Śliwiński zainicjował powstanie towarzystwa

1923

Pierwszy prezes

Został nim Melchior Wierzbicki

1925

Oficjalna nazwa

Zaczęto używać nazwy TMMB i JEGO OKOLIC

27.05.1946

Wpisanie do rejestru stowarzyszeń

Decyzją wojewody pomorskiego

1965

Siedziba

Siedzibą TMMB stała się Biblioteka Miejska

20.02.1973

Pierwsze Dni Bydgoszczy

W tym koncerty dla Bydgoszczan

1976

Wznowienie hejnału z inicjatywy TMMB

Powrót hejnału miasta z wieży Kościoła Klarysek

1977

50 lat TMMB

Towarzystwo obchodziło jubileusz 50-lecia

1999

Młody Przyjaciel Bydgoszczy

Początek konkursu dla młodzieży

20.12.1999

Poświęcenie sztandaru TMMB

Poświęcenie sztandaru Towarzystwa

25.09.2003

Nowa siedziba przy Jezuickiej 4

2004

Cykl wycieczek po Bydgoszczy

Nowy cykl wycieczek "Bydgoszcz za zamkniętymi drzwiami"

24.06.2010

Rekonstrukcja pomnika Najświętszego Serca Pana Jezusa

Z inicjatywy TMMB

06.10.2010

Makieta zamku bydgoskiego

Powstała z inicjatywy TMMB

Maj 2011

Przywrócenie Koncertów Maryjnych z Różą

2011

Pierwsza encyklopedia Bydgoszczy

Tom 1

2016

Nadanie imienia TMMB

Gimnazjum nr 56

29.11.2017

Nadanie imienia TMMB

Szkole Podstawowej nr 57

2023

Stulecie działalności TMMB

O nas

    Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy jest jednym z najstarszych stowarzyszeń tego typu w regionie i na ziemiach polskich. Swymi korzeniami sięga 1832 roku, kiedy to już podczas zaboru pruskiego powstało Towarzystwo Upiększania Miasta Bydgoszczy, które rozwiązało się w 1898 roku. Po latach, w 1923 roku, powołano do życia Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy, które swoje chlubne tradycje kontynuuje po dziś dzień.

    Zgodnie ze statutem, TMMB zajmuje się krzewieniem umiłowania swego miasta, jego tradycji i kultury, tak w regionie, jak kraju i za granicą. Na szczególną uwagę zasługuje bogata działalność wydawnicza stowarzyszenia, której plonem są m.in. monumentalny wielojęzyczny album „bo to jest Bydgoszcz”, album „Papież Jan Paweł II w Bydgoszczy”, „Muzyczna Bydgoszcz” o ogromnej kulturotwórczej roli miasta, jak też znane periodyki „Kronika Bydgoska” i „Kalendarz Bydgoski”. Towarzystwo - z inicjatywy Ewy Puls, pracownika naukowego Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego - realizuje unikatowy w skali kraju program oświatowy dla szkół „Bydgoszcz moja mała Ojczyzna” stanowiący praktyczną realizację edukacyjnej ścieżki międzyprzedmiotowej „Edukacja regionalna - dziedzictwo kulturowe w regionie”.

85-102 Bydgoszcz
ul. Jezuicka 4

tel./fax 52 322 51 96
(52) 345 44 34

e-mail:
biuro@tmmb.pl

Prezes TMMB
Ireneusz Nitkiewicz

    Z inicjatywy TMMB organizowane są liczne koncerty dla bydgoszczan, podczas których Filharmonia Pomorska im. Ignacego Jana Paderewskiego, Opera Nova, Akademia Muzyczna im. Feliksa Nowowiejskiego i Państwowy Zespół Szkół Muzycznych im. Artura Rubinsteina prezentują najwybitniejsze dzieła muzyki światowej.

    Stowarzyszenie troszczy się o ochronę miejsc pamięci i zabytków, dzięki czemu w Bydgoszczy powstał jeden z pierwszych na ziemiach polskich pomnik Henryka Sienkiewicza, a ostatnio restytuowano tablicę upamiętniającą pobyt w tym mieście pierwszego marszałka Polski Józefa Piłsudskiego w dniach 6 i 7 czerwca 1921 roku.

    Od 1923 roku organizowany jest konkurs „Bydgoszcz w kwiatach i zieleni” stawiający Bydgoszcz w rzędzie najbardziej zielonych miast w kraju.TMMB podjęło się realizacji unikatowego wydawnictwa, jakim jest „Encyklopedia Bydgoszczy”. W kraju tylko nieliczne miasta, m.in. Warszawa i Kraków, mogą poszczycić się podobnym opracowaniem. Będziemy wdzięczni za przekazanie wszelkich materiałów mogących się przydać w realizacji tego zadania. Mamy zamiar utworzyć Sekcję Polonijną TMMB, dla wszystkich bydgoszczan – Polaków rozsianych po świecie.

Dobroczyńcy

LogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogoLogo

Numer konta Towarzystwa:
PKO BP SA I Oddział w Bydgoszczy 06 1020 1462 0000 7902 0018 6817

Zostań członkiem wspierającym

Wydawnictwa


WSZYSTKIE WYDAWNICTWA TOWARZYSTWA MIŁOŚNIKÓW MIASTA BYDGOSZCZY SĄ DO NABYCIA W SIEDZIBIE STOWARZYSZENIA W BYDGOSZCZY PRZY.UL. JEZUICKIEJ 4.

Cena: dostępna na miejscu

Kronika Bydgoska

2023

Kronika Bydgoska

2022

Kronika Bydgoska

2021

Kronika Bydgoska

2020

Zobacz inne wydawnictwa

Kronika Bydgoska jest regionalnym czasopismem popularnonaukowym wydawanym przez Towarzystwo Miłośników Miasta Bydgoszczy. Pierwszy tom Kroniki Bydgoskiej ukazał się w 1967 r. Czasopismo swoją tematyką obejmuje zagadnienia dotyczące Bydgoszczy oraz regionu, zwłaszcza Kujaw, Pomorza i Wielkopolski. Początkowo koncentrowało uwagę na bieżących wydarzeniach w życiu miasta. Od wielu lat czasopismo rozbudowuje i wzbogaca swoją treść o teksty ściśle naukowe lub popularnonaukowe przede wszystkim z zakresu historii, historii sztuki, archeologii, socjologii i innych nauk pokrewnych. Publikuje także rezultaty najnowszych badań naukowych. Dziś jest poważnym periodykiem mającym trwałe miejsce wśród czasopism regionalnych w kraju. Stanowi zarazem tradycyjną i nowoczesną formę intelektualnej popularyzacji publikowanych zagadnień. Obecnie oferuje 5 pkt. w dorobku naukowym autorów. Czasopismo dostępne jest w wersji elektronicznej:

Kujawsko-Pomorska Biblioteka Cyfrowa
Czasopisma UKW