
WYWIAD Z KRZYSZTOFEM NOWAKOWSKIM SYNEM TADEUSZA NOWAKOWSKIEGO – Honorowego Obywatela Bydgoszczy
29.01.2026WYWIAD Z
KRZYSZTOFEM NOWAKOWSKIM SYNEM TADEUSZA NOWAKOWSKIEGO – Honorowego Obywatela
Bydgoszczy
/LONDYN, 14 PAŹDZIERNIKA 2025 ROKU/
Jakie były początki rodziny z Bydgoszczą?
Mój dziadek Stanisław przeprowadził się do Bydgoszcz z miejscowości
znajdującej się 40 km od Poznania – Śrem. Tam były korzenie Nowakowskich.
Pradziadek Adam został przewodniczącym Bractwa Kurkowego w Średnie w latach 90
XIX wieku, gdzie należał do strzelnicy
funkcjonującej od czasów króla Jana Sobieskiego. W Śremie Pradziadek miał
zakład produkujący buty na ulicy Rzecznej.
Następnie jego drugi syn Stanisław Nowakowski przeniósł się do Bydgoszczy,
bo nie widział dużej szansy na karierę zawodową w Śremie. Został zatrudniony w
Dzienniku Bydgoskim; pisał wiele, głównie pod pseudonimem. W mieście przebywał
do 1911/1912 roku. Pewnego dnia znalazł się w kawiarni Patzera na ulicy Berlińskiej,
gdzie jego uwagę zwróciła pewna młoda panna. Pocztą japońską wysłał karteczkę z
informacją, że kłania się i pyta czy z piękną panną mógłby zatańczyć. Tak
zaczął się związek dziadka i babci – Emilii Nowakowskiej z domu Gerke. To była
polska rodzina z Brześcia Kujawskiego, ale było widać, że korzenie były
niemieckie. Wynikało to z tego, że należała do kościoła ewangelickiego, co stanowiło
wówczas problem. Dziadek był wychowany jako katolik, ale po zaręczynach
wiadomość o niemieckich korzeniach mojej przyszłej babci doszła do właścicieli
Dziennika Bydgoskiego. Wybuchł skandal. Wiara ewangelicka była uważana za wiarę
czysto niemiecką. Jeśli Polak związał się z kobietą, która wyznawała tę wiarę
to uznawany był jako „półzdrajca”. Dano
mojemu dziadkowi do zrozumienia, że współpraca z gazetą dobiegła końca. W
kalendarzyku mojej babci, gdzie zapisywała najważniejsze wydarzenia, przy dacie
19-ego sierpnia 1912 roku jest krótka wzmianka – „Staś i ja pobraliśmy się.” A 20-ego
sierpnia – „wyjechaliśmy do Ameryki.” Z kolei w dniu 1-ego września „przybyliśmy
do Nowego Yorku”. Nota Bene: Dokumentacja z Ellis Island podaje datę jako 24-ego
września! Śledziłem jaką trasą tam
dotarli. Pojechali do Bremen, a tam wsiedli na statek linii morskiej „Norddeutscher
Lloyd” z Bremen do Nowego Jorku. Znalazłem w witrynie internetowej listę
pasażerów statku SS George Washington, który przypłynął do Nowego Jorku 24-ego września
1912 roku. Znajdowali się na niej: Emilia i Stanisław Nowakowski. Podana została
także informacja, gdzie mieli zamieszkać -
Orange County w stanie New York i dokładny adres. Znalazłem na Google
Street View to miejsce. Jest to obecnie teren wiejski. Znajduje się tam gospoda
i położona jest daleko poza miastami. Zatrzymali się u rodziny polskiej, chyba
ich kuzyna. Później była przerwa w
notatkach. Kolejna informacja była taka, że Stanisław Nowakowski został
zatrudniony w Milwaukee w Wisconsin. Został w tych okolicach wybrany pierwszy
senator polskiego pochodzenia, Michał Kruszka, który prowadził drukarnię, gdzie
wydawał polską gazetę[1]
(„The Polish Courier”). Dziadek został zatrudniony tak jako zecer, ale musiał
się najpierw zapisać do Amerykanskiego związku zawodowego. Żonę zostawił w
Nowym Jorku i choć próbował ją do siebie sprowadzić, niestety nie zarabiał na
tyle dużo, aby wynająć samodzielnie mieszkanie. Para straciła także w tzw.
międzyczasie dziecko, bo Emilia poroniła. Ona była bardzo nieszczęśliwa w
miejscu, gdzie mieszkała. Po niecałym roku Stanisław otrzymał awans do Toledo w
Ohio i został dyrektorem drukarni. Jednak para nie została długo w USA; uznali,
że nie ma tam dla nich przyszłości. W dniu 16-ego czerwca 1913 roku wypłynęli z
powrotem do Polski. Pojechali do Olsztyna.
A czy mieli jakieś związki rodzinne z tym miejscem?
Nie, chyba nie. Nie pamiętam, aby ktoś z rodziny tam mieszkał. W Olsztynie
dziadek został zatrudniony w gazecie pruskiej, którą wydawano po polsku. W
mieście była oczywiście mniejszość polska, do której ta gazeta była adresowana -
„Pruski Przyjaciel Ludu”. W Olsztynie urodziło się im także pierwszego dziecko,
synek Tadeusz. Chłopczyk po dwóch latach zmarł.
W Olsztynie zastała ich także I wojna światowa. Kiedy miasta wkroczyły
wojska rosyjskie dziadek i wielu Polaków pomagało zbierać dla nich żywność. Co
później okazało się pewnym problemem. Po bitwie pod Tannenbergiem Rosjanie
zostali wyparci z miasta i wrócili Prusacy, którzy negatywnie zapatrywali się
na wcześniejszą pomoc Rosjanom. Szczęśliwie dziadek mógł dalej pracować dla
gazety i uniknąć poboru do wojska. W związku z tym, że formalnie był obywatelem
pruskim groziło mu w czasie wojny powołanie. Tylko dzięki temu, że pruscy właściciele
gazety interweniowali w tej sprawie udało się uniknąć dziadkowi takiego
scenariusza. Uważali, że Jego praca była trudna do zastąpienia i dzięki temu
Stanisław nie został powołany. Natomiast jego młodszy brat Marceli został
wysłany do wojska; przeżył wojnę, ale do końca życia pisane przez siebie
wiersze kończył stwierdzeniem – „Verdun ukradła nam młodość!” Cierpiał na syndrom powojenny.
Wracając do Stanisława Nowakowskiego – w Olsztynie wydawano także Gazetę
Olsztyńską[2],
której wydawcą był Seweryn Pieniężny. To była inicjatywa rodzinna, jednakże w
czasie wojny zarówno właściciel jak i jego syn zostali powołani do wojska.
Gazetę przejęła Pani Joanna Pieniężna, ale potrzebowała pomocy. Wiedza i
doświadczenie jakie zaoferował Stanisław było bezcenne. W ten sposób pracował
dla dwóch gazet. Po zakończeniu pracy w Pruskim Przyjacielu Ludu, szedł do
drugiej pracy i tam przygotowywał kolejne wydania Dziennika Olsztyńskiego.
Gazetę wydawano trzy razy w tygodniu. Odpowiedzialny był za całość –
przygotowanie artykułów, skład i druk. Szczyt ironii polegał na tym, że pomimo
tego, że nie poszedł do wojska został zatrudniony przez administrację pruską
jako zastępca cenzora do kontrolowania treści Dziennika Olsztyńskiego i innych
wydawnictw. Główny cenzor był Niemcem i w ogóle nie mówił po polsku. Stanisław
Nowakowski jednego dnia pisał artykuły do Dziennika, a drugiego dnia sprawdzał
swoją własną robotę jako cenzur!
Rodzinna Nowakowskich pozostała w Olsztynie do roku 1920 roku, kiedy w Warmi
odbywał się plebiscyt, w którym miejscowa ludność decydowała o przynależności
państwowej regionu. Stanisław bardzo angażował się w kampanię na rzecz
polskiego Olsztyna i włączenia Warmii do Polski, ale niestety ostateczny wynik
głosowania był negatywny. W efekcie dziadek znalazł się na „czarnej liście” u
Niemców. Nie wiem, czy go zwolnili z pracy, czy sami Nowakowscy uznali, że nie mają
przyszłości w Olsztynie. Postanowili wrócić do Bydgoszczy, gdzie wszystkie
grzechy zostały mu odpuszczone. Stanisław ponownie został zatrudniony w
Dzienniku Bydgoskim i pracował w nim do zakończenia aktywności zawodowej do
1939 roku.
Moja córka Natalia, która pisała doktorat o Fryderyku Jagiellończyku i
musiała jeździć do Olsztyna do biblioteki, została spytana przez bibliotekarkę
czy ma związek z rodziną Nowakowskich. Jak przyznała się do swojego pochodzenia
– Tak, Stanisław Nowakowski to był mój pradziadek! – to zabrano ją do budynku, gdzie
wydawano Gazetę Olsztyńską. Budynek ten został odbudowany, bo Niemcy zburzyli
go na początku II wojny światowej. Znalazła tam Natalia wiele fotografii
dziadka Stanisława. W Olsztynie urodził się także mój ojciec Tadeusz razem ze
swoją siostrą Dziunią – to były bliźnięta.
Rodzinny dom znajdował się na Grunwaldzkiej i do niego nawiązywał Tadeusz
Nowakowski w Obozie wszystkich świętych – najpopularniejszej powieści.
Tak, tam znajdował się ich rodzinny dom. Ten dom nadal istnieje. Mieszkali
też w domu przy ulicy Podgórnej, niedaleko obecnego skweru Nowakowskiego, ale
powiedzmy sobie szczerze ten dom jest obecnie ruiną. Razem z moją żona widzieliśmy
go w czasie naszego ostatniego pobytu w Bydgoszczy, gdzie bardzo miło oprowadzono
nas i pokazano ten budynek. Okna i drzwi zamurowane. Podobno problem polega na
tym, że trudno ustalić, kim jest obecnym właścicielem.
W jakim domu wychował się Tadeusz Nowakowski?
Przypuszczam, że był to raczej inteligencki dom, w którym się dużo czytało,
pisało, rozmawiało. Nie można zapominać, że drugim językiem był niemiecki.
Rodzinne rozmowy pewnie mieszały się raz po niemiecku raz po polsku, ale dzięki
temu Tadeusz doskonale znał ten język, co mu w pewnym momencie uratowało życie.
Tadeusz w Bydgoszczy przeszedł cały proces edukacji i od najmłodszych lat
pisał.
Tak, dokładnie. Skończył szkoły podstawowe i gimnazjum im. Rydza-Śmigłego w
Bydgoszczy; pisał wiersze, felietony, startował w wielu konkursach.
Zaangażowany był w harcerstwo – Błękitną Czwórkę. Pisał do czasopisma Ogniwa;
występował w Rozgłośni Pomorskiej Polskiego Radia. Jednak z anegdot rodzinnych
jest taka, że w wieku 16-17 lat musiał nosić do szkoły mundur łącznie z białymi
rękawiczkami. Podczas randki nie chciał się jednak pokazywać w tym ubraniu i
przebrał się w rzeczy powiedziałbym „cywilne”. Poszedł do parku i pech chciał,
że przechodził tam akurat dyrektor szkoły, który zwrócił uwagę: „Nowakowski,
jak śmiecie się pokazywać bez białych rękawiczek, bez mundurku!” i dostał dwa
razy po twarzy. Ojciec mówił, że było mu strasznie głupio przed panną, z jaką
się spotykał.
Czy Tadeusz miał swoje ulubione miejsca w Bydgoszczy, o których wspominał?
Na pewno miał, ale trzeba pamiętać, że ja byłem małym chłopcem jak mi mówił
czasami o Bydgoszczy i tak samo jak miasto jak cała Polska była dla mnie „terra
incognita”. Wiem, że w Bydgoszczy zawsze harcerstwo mu blisko serca leżało,
często o nim wspominał i o wycieczkach.
Tadeusz był bardzo aktywnym i społecznie zaangażowaną osobą. Jak spędzał
wolny czas?
Poza aktywnością publicystyczną, pisarską, ojciec był też bardzo
usportowioną osobą. Znakomicie pływał; lubił jeździć rowerem, nie pamiętam go, aby
biegał. Bardzo lubił jazdę na nartach, mimo, że złe widział będąc ślepym na
jedno oko….przynajmniej po wojnie.
Po zdaniu matury w 1938 roku rozpoczął maturę na polonistyce na
Uniwersytecie Warszawski. To był oczywisty wybór dla niego?
Nie pamiętam, czy to była polonistyka czy historia literatury niemieckiej.
Tego nie wiem. Szalenie lubił literaturę, zwłaszcza niemiecką, chociaż to był
110% patriota polski. Niemiecki był dla niego drugim językiem; lubił Schillera.
Studiów nie skończył. Przerwała je wojna. Jak przeżył pierwsze dni wojny?
Cała rodzina uciekła do Włocławka. Tam ojciec został aresztowany. Dziadek
Stanisław w jakiś sposób dostał się do Łodzi i niefortunnie wpadł w pułapkę.
Niemcy sprawdzili jego przeszłość i wysłali do obozu koncentracyjnego. Rodzinna
legenda głosi, że gestapowiec który go przesłuchiwał w więzieniu pamiętał go z
Bydgoszczy, gdzie przed wojną pracował jako kelner w jednej z restauracji. Pamiętał,
że Stanisław dawał zawsze hojny napiwek i z tego powodu go nie rozstrzelali
tylko wysłali do obozu w Sachsenhausen a stamtąd do Dachau.
Niedawno dowiedziałem się z archiwum z Dachau, że data zgonu podana na
świadectwie nie zgadza się z ostateczną datą zgonu. Dziadka wysłano z Dachau do
Schloss Hartheim – to było takie centrum, gdzie wysyłano osoby niezdolne już do
pracy i tam ich mordowano w komorze gazowej. Widocznie dziadek był w takim złym stanie i
nie mógł już pracować, więc został wysłany na śmierć.
A Tadeusz?
Tadeusz został we Włocławku aresztowany przez Niemców w związku ze swoja
działalnością dziennikarską; pisanie w jakichś propolskich pisemkach. Za tę
działalność dostał 25 lat ciężkich robót w obozach. Jak opowiadał Tadeusz,
znalazł się przed sądem niemieckim, który działał jak pas transmisyjnych i
wydawał szybkie wyroki i kary śmierci. Tuż przed wydaniem wyroku Tadeusz odwrócił
się do przewodniczącego sądu po niemiecku: „Zaraz, zaraz, wysoki sądzie, jaka
jest ta niemiecka sprawiedliwość? Prokurator siedzi w rozwiązanym krawacie,
czyta jakąś pornografię. Mój obrońca milczy! Tutaj jest chaos i bałagan. Ja protestuję!” Sędzia odwrócił się
do prokuratora, zwrócił uwagę na jego zachowanie i kazał natychmiast doprowadzić
się do porządku dodając jak to możliwe, że ten Polak będzie nam zwracał uwagę,
jak ma funkcjonować nazistowski sąd! Oczywiście, trzeba pamiętać, że cokolwiek
mówił Tadeusz to zawsze było opowiadane bardzo barwnie. On miał wyobraźnie,
potrafił opowiadać historie. Ale na pewno coś w tym musiało być.
Opowiadał też, że z jednym z obozów, w których był przetrzymywany ktoś uciekł
i zorganizowano apel, aby pozostałe osoby poniosły karę za zachowanie
uciekiniera. SS-man zaczął odliczać do trzech, aby wystąpiły kolejne osoby,
które miały zostać rozstrzelane. Trafiło między innymi także na Tadeusza, który
gdy usłyszał „Drei!” wybuchł śmiechem. Taka ironia, tyle udało mu się przeżyć,
a teraz miał zginąć. SS- man, który uważał, że wybuch śmiechu Tadeusza do dowód
prawdziwego męstwa, policzył raz jeszcze „ist
numer drei” a do Tadeusza „Du bist numer dzwei!”
A czy Tadeusz Nowakowski wspominał czas, który przeżył w obozach?
Pytałem go kiedyś Tedek, (tak się do niego zwracałem) - jak ty przeżyłeś
obozy? Jak sobie dałeś radę? Odpowiedział, że pierwsza istotna rzecz to musisz
się zaprzyjaźnić z kucharzem. Potem, poznaj strażników. Niektórzy są strasznymi
sadystami i trzeba ich unikać, ale czasami się tak zdarzyło, że są ludzie,
którzy traktowali swoje zajęcie jako pracę i znaleźli się tam przez przypadek.
Jak doszło do sytuacji, w której mieli go bić to Ojciec strasznie krzyczał,
symulował ból, a strażnicy nie musieli dużo robić. Mówił: Ja wiem, że on musi
mnie bić; on wie, że musi mnie bić. Czasami takim sposobem udawało mu się
przeżyć trudne chwile.
Tadeusz wykorzystywał swój talent do opowiadania i wieczorami w obozie prezentował
różne historie a nawet bajki. Zjednywał do siebie osoby, z którymi był
osadzony, co czasami pomagało. Dostawał od nich wsparcie. Szczególnie jak to
byli niemieccy więźniowie – zwykli prości zbrodniarze - i Tadeusz potrafił po
niemiecku nawiązać z nimi kontakt. Ci bandyci przyjęli go, a przez to, że mieli
lepsze warunki to podzielili się jedzeniem.
Kolejna historia, której nie potrafię zweryfikować – Już prawie pod koniec
wojny - Tadeusz podczas transportu z obozu poznał grubo starszego niemieckiego
więźnia. W pewnym momencie, jak pociąg mijał pewne miasto, on ojcu powiedział,
że jak będzie miał możliwość ucieczki to ma się udać pod wskazany przez niego
adres i powiedzieć, że to od niego. „W tym miejscu mieszkają dobrzy Niemcy,
którzy Ci pomogą”. Tak się złożyło, że był nalot aliantów i pociąg się zatrzymał. Drzwi się otworzyły. Tadeusz zostawił tego
współwięźnia i uciekając przez las, udał się pod wskazany przez niego adres. Miasto
się paliło po nalocie. Po drodze zerwał swoje ubranie obozowe i udawał szaleńca
w amoku, krzycząc po niemiecku jakby był ofiarą bombardowania. Aż dotarł pod
ten adres… Dobre story, ale nie wiem, gdzie u Tadeusza była granica pomiędzy
prawdą a fikcją!
Tadeusza koniec wojny spotkał w brytyjskiej strefie okupacyjnej. Jakie były
jego losy?
Tak, Tadeusz przebywał w wielu obozach i przenoszony był kilka razy. SS-mani
dowiedzieli się, że doskonale mówi po niemiecku, że interesował się literaturą
niemiecką, i z poczuciem złośliwej ironii, kazali mu siedzieć w celach, gdzie
dyktowano mu ostatnie listy do rodziny osób skazanych na śmierć. Wiele miesięcy musiał spędzać z kolejnymi osobami,
którzy oczekiwały stracenia nad ranem. To musiało na niego wpłynąć w bardzo
drastyczny sposób. Dla wrażliwego człowieka to nie jest łatwe przeżycie. W
pierwszej swojej książce Szopa za jaśminami opisuje egzekucję jednej z
dziewczyn, którą powieszono. Tadeuszowi i jeszcze jednej osobie kazano następnego
dnia ją ściągnąć z szubienicy. Kiedy to zrobili to ona zaczęła wrzeszczeć. Oni
wpadli w szok, upuścili zwłoki i zaczęli uciekać. Jak pętle zdjęli to do płuc
dostało się powietrze i stąd ten krzyk. Tadeusz opowiadał, że to dla niego było
makabryczne przeżycie.
Często wracał do wspomnień obozowych?
Nie, przy mnie nie. Może przy mojej mamie. Ale wiem, że nigdy spokojnie nie
spał. Często wrzeszczał nocą. Kiedy pojechałem odwiedzić go w Monachium i moim
samochodem udaliśmy się do Wiednia, spaliśmy w jednym pokoju w pensjonacie. Ja
nie mogłem spać, bo on cały czas krzyczał, wrzeszczał, przewracał się w łóżku, rzucał
nogami i rękami. Moja mama powiedziała mi później, że on regularnie tak się
zachowywał i dlatego nie spali razem. Tak się rzucał, tak się męczył w nocy. To
z pewnością efekt jego wojennych przeżyć.
Po zakończeniu wojny myślał o powrocie o Polski?
Nigdy nie wiedziałem, jakie są jego poglądy polityczne. Im starszy się
stawał tym raczej były bardziej prawicowe. Nie jakieś ultra, ale z perspektywy
amerykańskiej był raczej republikaninem niż demokratą. Na ogół o polityce głośno
się nie mówiło. Był bardzo antykomunistyczny i z tego co wiem, nigdy nie
przychodziło mu do głowy, żeby wrócić do Polski. Tak też mówiła mi mama, która
poznał w Maczkowie.
Bał się reakcji władz komunistycznych?
On przed wojną się nikomu nie naraził. Był za młody, aby mieć jakąś
przeszłość polityczną. Ale w Polsce po
wojnie sytuacja była jednoznaczna – albo jesteś z nami – albo przeciw. Raz
tylko jak pracował w Wolnej Europie i matka Tadeusza była w szpitalu, zadzwoniła do niego jego
siostra Dziunia. Powiedziała mu, że matka jest w kiepskiej formie i chciała go
uprzedzić, że jest umierająca. Rozmowę telefoniczną przerwał w pewnym momencie
męski głos i Tadeusz usłyszał: „Panie Nowakowski, jeśli chcecie wrócić i
ostatni raz matkę zobaczyć to damy Wam wizę. My mamy serce, mimo tego co o nas
myślicie„
A jak Tadeusz dostał się do Londynu?
Ojciec dostał się z moją mamą do
Londynu w 1946 roku. Związek małżeński zawarli w Maczkowie – dawny niemiecki
Haren[3],
gdzie w tym czasie zawarto łącznie 256 małżeństw. Zaraz po wojnie Niemców z
tego miasta wyrzucono siłą i osiedlono tam Polaków. W Rzeczy nazistowskiej po
zakończeniu wojny było 3,5 mln Polaków, większość z nich to osoby z obozów
pracy, z KZ-ów, z łagrów itd. Polacy prowadzili miasto Haren/Maczków do 1948
roku. Był polski burmistrz i polska rada
miasta. U nas w Instytucie (Instytut i Muzeum gen. Władysława Sikorskiego –
przyp. RG) są informacje na temat tego jak wyglądało życia w Maczkowie. Wiele
ciekawy historii jest w tych materiałach zapisanych, czasami nawet z
kronikarską precyzją. Na przykład w spisie komitetu bezpieczeństwa zapisano – 3
morderstwa; kradzież przy pomocy broni palnej – 5; liczba ukradzionych jabłek z
sadu – 256 ! (śmiech). Zacząłem czytać dokumentację, którą mamy tutaj u nas w
archiwum. Zauważyłem w protokołach rady miasta, że często był obecny radny Nowakowski. Spytałem mamy o to – czy
ojciec pełnił tę funkcję? Ona nie wiedziała do końca co on robił. Zauważyłem
też, że dyrektorem liceum w Maczkowie był dr Tadeusz Nowakowski i nauczycielem
języka polskiego był …Tadeusz Nowakowski. Pierwszy z nich był także przy okazji
radnym, a mój ojciec nauczał w tym liceum.
Dzięki temu, że szwagier Tadeusza – Ryszard Kiersnowski – był kapitanem w
Polskiej Dywizy Pancernej- rodzice dostali papiery na wjazd do Anglii. Podróż
musiała się być organizowana przez wojsko polskie, a więc ciężarówką od Maczkowa
aż do południowych Włoch a dalej stadkiem do Liverpoolu. Matka była już w ósmym
miesiącu ciąży! Dopłynęli do portu w grudniu 1946 a stamtąd od razu to
miasteczka Penley w Wali, gdzie był polski szpital. Po moim urodzeniu rodzinna
przeniosła się do Londynu.
Te przeżycia były podstawą do napisania historii Polaków powieści Obóz
wszystkich świętych, której akcja odbywa się w Papenbergu?
Tak, oczywiście.
A jak rodzice się poznali?
Moja matka pochodziła z Nowogródka, ale wojnę spędziła w Warszawie. Mieszkała
na Pradze i pracowała w konspiracji. W czasie godziny W miała swój posterunek
na Starówce, ale niestety druga część miasta została szybko odcięta i nie
dotarła do centrum. Mama wiele ciekawych i jednocześnie strasznych historii z
tego okresu. Opowiadała, jak Berlingowscy starali się pomóc powstańcom, choć oczywiście
nie było łatwe, bo Stalin Berlingowi nie pozwalał na zaangażowanie się w
działania powstańcze. Co prawda polscy żołnierze starali się przedostać przez
Wisłę, ale to było bardzo trudne i byli narażeni na niemiecki ostrzał. Wiele
ich zginęło.
Jak Niemcy wycofali się po powstaniu z Warszawy, po stronie Pragi zebrał
się podekscytowany tłum Polaków z flagami i trąbkami i ruszyli na drugą stronę
miasta. I nagle stanęli. Tłum zamilkł. Patrząc
na druga stronę Wisły ktoś powiedział – „Jezus Maria… tam nic nie ma.”
Mama wspominała także sytuację, kiedy po wejściu do miasta wojsk rosyjskich,
zajęli sąsiednie mieszkanie. Na początku miała szczęście, bo oficer, który
zakwaterował się był na poziomie. Pięknie grywał na ortepianie i nie sprawiał
żadnego problemu. Jednak tuż po nim wprowadził się jakiś rosyjski chuligan w
mundurze i matka musiała opuścić mieszkanie, bo bała się o swoje bezpieczeństwo
i przez 3 tygodnie spała u koleżanki.
Z kolei brat mojej mamy – Ryszard Krasowski – wyjechał z Warszawy w 1939 ze
swoją żoną, żydówka, bo bali się oczywiście o jej bezpieczeństwo. Dostali wizę
i pojechali pociągiem do Moskwy, a dalej do Władywostoku. Następnie do Japonii
i Ameryki, gdzie on zaciągnął się do polskiego wojska. W dywizji gen. Maczka.
Ryszard Krasowski po zakończeniu wojny otrzymał dokumenty, które
umożliwiały połączenie z rodziną i ściągnięcie matki, siostry i syna. Dzięki
temu Teresa Kiersnowska, moja mama, opuściła
Warszawę i dostała się do Maczkowa. Pewnego dnia przyszedł do ich mieszkania na
Pradze mężczyzna, który powiedział, że następnego dnia o 5 nad ranem mogą uciec
z miasta. Podróżując różnymi środkami transportu rodzina ostatecznie wsiadła do
Pilzna, które na początku było jeszcze w amerykańskiej strefie wpływów. Dotarli
tam o północy i byli na początku przerażeni co dalej. Zaczepili przypadkowego
żołnierza – Polaka! i on ich pokierował
do Ryszarda.
Mój ojciec Tadeusz dostał się do Maczkowa inną drogą, bo obóz niemiecki w
którym się znałaś był wyzwolony przez wojska Brytyjskie. W Maczkowie rodzice
się poznali i tam się pobrali.
Z Maczkowa dostali się do Londynu?
Tak, wszyscy chcieli wyjechać do Londynu! Zanim do tego doszło była jeszcze
ciekawostka w samym Maczkowie. Wiosną 1946 roku była straszna powódź; moja mama
była już ze mną w ciąży. Tadeusz nosił ludzi przez wodę; był dobrze zbudowany i
mówił, że jak urodzi się syn to będzie Krzysztof, tak jak święty Krzysztof - i dlatego jestem Krzysztofem!
W Maczkowie były różne problemy. Uzyskanie dokumentów, aby wyjechać do
Londynu było trudne. Potrzebne były znajomości i wielokrotnie cofano decyzję o
wyjeździe. Moja mama powiedziała, że to był bardzo złośliwy okres. Transport
ciężarówek z granicy niemiecko-holenderskiej, gdzie leżało Maczkowo, do Ankony w
Włoszech był kłopotliwy. Stamtąd popłynęli do Liverpoolu skąd zabrano moją
mamę, w 9. miesiącu ciąży do Wali, bo tam był szpital polski. Dlatego mam
metrykę urodzenia napisaną po walijsku!
Co dalej? Czy Tadeusz miał jakieś plany?
Nie bardzo. Logicznie chcieli pojechać do Londynu, bo tam mieli kontakty, w
tym Ryszarda Kiersnowskiego i polska inteligencja już się tam zbierała. Dlatego,
jak tylko mama była gotowa do podróży, pojechali do Londynu. Tam znaleźli
mieszkanie na Ladbrooke Grove; dom wynajmowany był przez Polaka. Nikt nie
wiedział skąd on miał środki na zakup nieruchomości (ale wiele Polaków tak robiło.
Rodzice płacili mu 5 funtów tygodniowo,
a przeciętny zarobek wynosił 6 funtów tygodniowo. Na szczęście ojciec był już zatrudniony w Światpolu[4]
i był w stanie zapłacić za wynajem. Światpol to była polska firma wydawnicza.
Tadeusz wydał tam swoją pierwszą książkę – Szopę za jaśminami.
To z pewnością nie była praca jakiej oczekiwał?
Z pewnością nie. Później przeprowadzili się do Domu Pisarza na Finchley
Road[5],
gdzie mieliśmy jeden pokój, wspólną kuchnię i łazienkę. Mieszkało tam już wielu
pisarzy. Można byłoby o tym okresie napisać osobną książkę. Mieszkał tam na
przykład Staszek Gliwa[6]
– bardzo znany grafik w Londynie i miał swoją oficynę na strychu. Często do
niego chodziłem, aby patrzeć jak pracuje. Tak się złożyło, że Gliwa był w 1945-roku
w Ankonie, a mój teść Tadeusz Podgórski[7],
który został aresztowany po powstaniu i po wyzwoleniu trafił do II Korpusu do
Ankony i stamtąd do Wlk. Brytanii. Pewnego dnia w Domu Pisarzy jako mały dreptak odwiedziłem po raz kolejny Gliwę. A u niego był Podgórski, który się ze mną
bawił i nie był wówczas świadomy, że ten chłopczyk na jego kolanach to przyszły
zięć !
A co poza pracą w Światpolu?
Po pracy, głównie wieczorami, Tadeusz pisał swoje dzieła. Siedział w rogu i
pisał na maszynie przy słabym świetle. Pisywał swoją książkę, pisał do
Dziennika, miał już swoją renomę jako pisarz emigracyjny. Swoją pozycję
wypracował jednak głównie w Londynie.
Pisanie miało wówczas dla niego znaczenie oczyszczające. Chciał wyrzucić z
siebie to wszystko czego doświadczył w czasie pobytu w obozach. Szopa za
jaśminami w gruncie rzeczy to jest autobiografia oparta na jego przeżyciach
obozowych. Kilka razy musiałem się zabierać, żeby to przeczytać. To jest ciężka
literatura.
Jak rozpoczęła się współpraca z Radiem Wolną Europą?
Ta współpraca rozpoczęła się już w Londynie. Jak było wiadomo, że
radiostacja ma powstać w Monachium, Tadeusz otrzymał propozycję pracy i ją
przyjął. Pamiętam naszą podróż z Londynu do Monachium, gdzie dotarliśmy
samolotem. W 1950 roku to było coś! Rodzice po raz pierwszy lecieli samolotem;
oboje byli w dużym stresie. Poddenerwowanie wynikało także z tego, że wracali
do Niemiec. Pamiętam, że w Monachium przy lotnisku czekała na nas taksówka –
przedwojenny Mercedes – który zabrał nas do hotelu, niedaleko głównego dworca
kolejowego. Budynki do okoła były bardzo zniszczone na skutek wojennych nalotów.
Pamiętam, że wszędzie było wiele gruzów. Widziałem gruzy wcześniej w Londynie,
ale nie do takiego stopnia jak w Monachium. Dla 4-letniego dziecka urodzonego
zaraz po wojnie gruzy nie były niczym specjalnym, dopiero później zrozumiałem
co to znaczy.
Mieszkaliśmy na początku w Hotelu Wolf – tam mieliśmy jeden pokój. Na
początku codziennie przyjeżdżał po ojca samochód z amerykańskim szoferem, aby
zabrać go do radiostacji. Nie pozwalano, aby Polacy mieszali się z Niemcami. W
samym hotelu było dosyć skromnie i nie mieliśmy kuchni. Mama musiała sobie
jakoś radzić.
Po jakimś czasie Amerykanie przenieśli nas do mieszkania w bardzo
eleganckiej dzielnicy Harlaching, gdzie przy ulicy Lindenstrasse 1 było nasze
mieszkanie. Mieszkaliśmy tam do samego końca, tj. do momentu, kiedy z matką
opuściliśmy Monachium w 1956 roku.
Tadeusz był jedynym żywicielem rodziny?
Mama też zaczęła pracować w Radiu Wolna Europa (dalej RWE). Była spikerką,
bo miała bardzo dobry głos. Nagrała nawet początki Pana Tadeusza, które mam na
płycie do dzisiaj. Jej słowa były jednymi z pierwszych nadanych do Polski przez
RWE. W zasadzie pracowała codziennie,
choć w innych godzinach. Mną opiekowała się pielęgniarka – Frau Richter. Mama
była oburzona – co to będzie, że Niemka będzie mnie pilnowała! Jednak od Frau
Richter nauczyłem się mówić po niemiecku.
Czy to było trudne, aby wyjechać po wojnie do Niemiec do pracy? Czy
rodzinnie lub towarzysko było to przedmiotem dyskusji?
Matka była bardzo niepewna co do tego. Widziała jak wyglądała Warszawa w
czasie wojny; jak ciężko było jej przeżyć w czasie okupacji. Pracowała przez
cały czas w żydowskim zakładzie krawieckim; właściciel oczywiście nie mógł go
oficjalnie prowadzić i robił to w jego imieniu Polak. Pan Zilberstein
przychodził i tylko doradzał. Mama zawsze mówiła, że to był uroczy Pan i
pomagał pracownikom jak mógł. Organizował nawet jedzenie dla pracowników. Zmarł
na zapalenie płuc zanim zamknięto getto. W tej pracowni mama wszywała depesze z
Londynu, głównie w krawaty i zanosiła je po różnych adresach. Raz została zatrzymana przez Niemców, ale po
sprawdzeniu jej „kenkartę”, (czyli dowód osobisty) puścili ją.
Wiem, że w tym samym czasie- mówiąc o latach 1950 -mój teść dostał ofertę
pracy w RWE. Jego żona całą wojny spędziła w Niemczech na przymusowych robotach
będąc młodą dziewczyną. Ona stanowczo nie zgodziła się na wyjazd. Powiedziała,
że nigdy nie pojedzie do Niemiec. Dopiero w latach 60., jak minęło trochę czasu,
to zmieniła zdanie.
Jakie były okoliczności, w jakiś dostał ofertę pracy w Wolnej Europie?
Tego dokładnie nie wiem. Prawdopodobnie dzięki pracy w Światpolu, która
przyniosła mu pewną renomę. Nie wiem czy on zwrócił się do nich, czy oni do
niego. Jednak raczej oni skontaktowali się z nim.
Rozpoczęcie pracy w RWE wiązało się ze szczególnym zadaniem – przygotowanie
pierwszej audycji, jaka była nadawana. Czy Tadeusz wspominał ten moment?
W gruncie rzeczy mało wspominał o samych początkach. Wydarzenie, o którym
rodzice wspominali, to samobójstwo niemieckiego technika, który zrzucił się
przez okno.
Wiem, że na początku studia RWE były na Prince Regenten Strasse. Później
umieszczono radiostacje w nowoczesnym budynku przy Englisher Garten. Każdy pracownik mógł liczyć na duże profity
polegające na dostępie do amerykańskich sklepów PX, czyli sklepy zapasowe dla
amerykańskich żołnierzy. Matka była zachwycona. Wybór asortymentu był bardzo
duży i było też niesolone masło (Śmiech). W Wlk. Brytanii w ogóle takiego nie
sprzedawano w tym czasie.
Ja bawiłem się z chłopcami z rodzin amerykańskich, ale także niemieckich.
Pamiętam śmieszną sytuację, gdy pewnego dnia pojechaliśmy z niemieckim kolegą
Erwinem czatować na Amerykanów! Byłem
bardzo naiwny i nie wiedziałem co ja robię. Kolega wskazał na Amerykankę i
powiedział, że to straszna kobieta i strzelaliśmy do niej z wiatrówki, a potem
uciekaliśmy. Ona zaczęła krzyczeć na nas i mówiła, że dzwoni na policję
(Śmiech).
Równolegle z pracą w RWE Tadeusz cały czas pisał, prawda?
Tak, pisał wówczas Obóz wszystkich świętych.
Właśnie. Książka została wydana w 1957 roku. To wyjątkowa publikacja, bo
Tadeusz po raz pierwszy poruszył temat relacji polsko-niemiecki, w tym temat
winy za popełnione zbrodnie.
Tak, zgadza się. Miasto Bydgoszcz było tutaj kluczowe, bo posiadało silne
tradycje niemieckie. Jeśli było jakiekolwiek centrum we wszechświecie, gdzie
można było połączyć polskość z niemieckością to właśnie w Bydgoszczy. Tadeusz
miał oczywiście mentalność polską, ale znał także mentalność niemiecką. Zawsze
się śmiał, że jak chcesz coś załatwić w Niemczech to musisz jednoznacznie krzyczeć,
bo wtedy wszyscy myślą, że masz autorytet i będę Ciebie słuchali!
Raz miał przygodę - wracając z pracy. Na przystanku tramwajowym zauważył
Niemca, który nosił czapkę z przypinkami. Zauważył, że jedna z nich
przedstawiała znaczek jego drużyny harcerskiej z Bydgoszczy. Zapytał skąd on to
ma. Usłyszał w odpowiedzi: Co Pana to obchodzi? Tadeusz powiedział, że chciałby
ją odkupić i poprosił, aby poszli za róg. Gdy tam trafili ojciec dał mu w twarz
i znaczek zdjął z czapki. Ojciec był dobrze zbudowany i silny!
Z kolei, jego brat Jurek, który został w Polsce, był bardzo chudy. Tadeusz w
porównaniu do niego wyglądał jak Herkules. Kiedy spotkali się po latach gdzieś
na plaży we Włoszech i zrobiono im zdjęcie, Tadeusz napisał na zdjęciu: „Kapitalizm
i Komunizm” (Śmiech).
Pobyt w Monachium to był także czas zbliżenia do niemieckiej elity, prawda?
Tak, zdecydowanie. Miał kontakt z Tomaszem Mannem, z Günterem Grassem.
Ojciec angażował się w działalność niemieckiego Pen Clubu, który był poparty finansowany
przez Herr Balzen (właściciel fabryki
biskwitów). Pan Balzen zorganizował
kiedyś bal dla niemieckiego Pen Clubu i akurat ja byłem w Monachium, więc
dołączyliśmy tam razem. Miałem samochód Opla, którego kupił mój teść. Cena była
niewielka, bo w Monachium była burza gradowa i karoseria Opla została
powgniecana. Co drugi samochód w Monachium był poobijany. Pojechaliśmy zatem z
ojcem do pięknej i dużej willi Balsena i ja zaparkowałem obok pięknych
samochodów- luksusowymi czarnymi Mercedesami- tym poobijanym żółtym Oplem.
Poznałem tam Guntera Grassa.
Temat relacji polsko-niemieckich wracał często w Waszych rozmowach?
Oczywiście, rozmawialiśmy o tym. Pytałem go, jak on może funkcjonować w
Niemczech przez pryzmat jego wojennych przeżyć, czy śmierci ojca w obozie
koncentracyjnym? On powiedział: Wiesz, nie można zapomnieć. Można starać się
wybaczyć. Dodał też: Ale komu wybaczać? Młode pokolenie, które nie miało nic z
tym wspólnego? Jest jak jest. Nie można żyć w wyłącznie w historii. Trzeba
myśleć o przyszłości. Taka była jego filozofia.
Odważna postawa w tamtym czasie.
On się dobrze czuł w Monachium. Był gawędziarzem; dobrze mówił po
niemiecku. Dobry głos i doskonały akcent. Był swego rodzaju personality
w Bawarii.
Czy odpowiedzialność Niemiec za działania w czasie wojny były przedmiotem
dyskusji z osobami z polskiej elity?
Na początku tak, ale później już coraz mniej. Miał autorytet jako polski
pisarz. Niemcom też zależało na kontakcie z Tadeuszem, aby pokazać, że są inni
niż byli w stosunku do Polaków. Tadeusz
oczywiście nigdy nie zapomniał o swojej historii i przeżyciach czasu wojny.
Utrzymywał stały kontakt z polską elitą w Londynie.
W jednej z recenzji jego dorobku pisarskiego znalazłem określenie, że jego
książki były „bogoszczelne”. Nie szukał odniesień do wiary, eschatologii,
wytłumaczenia tego co się stało w czasie wojny przez pryzmat religii.
Ja nigdy nie byłem przekonany co do wiary Tadeusza. To jest oczywiście
ironia, że później był reporterem papieża Jana Pawła II. On uznawał, że kościół
odgrywał kolosalną rolę w życiu społecznym, w szczególności w Polsce. Nigdy nie
był religijny, nie chodził regularnie do kościoła. To moja matka dużo częściej
praktykowała wiarę. W Monachium to w ogóle było trudne, bo w naszej okolicy
były tylko kościoły niemieckie. Kościół polski był daleko a myśmy nie mieli
samochodu.
Także Tadeusz uznawał rolę kościoła i znaczenie polskiego papieża, ale nie
szła za tym jakaś głęboka wiara. Ale na pewno nie był ateistą.
Jak doszło do współpracy Tadeusza Nowakowskiego z papieżem?
Tego niestety nie wiem, bo już wówczas nie mieszkałem z ojcem. Myślę, że
prawdopodobnie RWE wysłała go do Watykanu, skoro to była taka sensacja, że mamy
papieża Polaka. Miał na początku nagrywać słuchowiska dla RWE i puszczać dla
słuchaczy za żelazną kurtyną. Z tych materiałów powstało później wiele książek.
Kiedy kończy się współpraca Tadeusza Nowakowskiego z RWE?
Współpraca trwała do czasu, kiedy przeszedł na emeryturę, na którą
przeszedł bardzo niechętnie z resztą. Dokładnie nie wiem, który to był rok.
Bardzo niechętnie opuścił Monachium. Fakt, że musiał opuścić mieszkanie, które
było radiowe. Nie wiem, dlaczego nie kupili tam własnego mieszkania. Potem
zaczął wędrować. Stosunki z jego drugą żoną już właściwie nie istniały.
Przyjeżdżał też do Polski, bo można było to robić bez problemu i miał też polski
paszport.
Raz całkowicie przez przypadek trafiłem na niego w Warszawie na lotnisku
Chopina. Wyszedłem z lotniska i nagle patrzę, idzie ktoś bardzo podobny do
ojca. To jednak był on! Nie poznałem go. Szczupły, nieogolony, włosy długie,
poplamiona kurtka. Nie poznał mnie, bo był już prawie ślepy. Podszedłem do
niego i spytałem „Tedek- to Ty?” Poznał mnie po głosie. To było dla mnie bardzo
smutne spotkanie. To był już szczępek człowieka. On właśnie wybierał się lotem
do Monachium.
Następny raz zobaczyłem go tuż przed śmiercią. Przyjechałem specjalnie do
Warszawy, bo otrzymałem telefon z Polski, że jest w bardzo złym stanie. Ostatecznie
na swoje życzenie został przewieziony do Bydgoszczy, gdzie zmarł.
Często wracał do swojej twórczości? Jaki gatunek był mu najbliższy?
Chyba najbardziej czuł się jednak radiowcem. Jak wracał z pracy z RWE to
często brał mnie na kolana i razem słuchaliśmy jego audycji. Chciał usłyszeć
jak jego słuchowiska wypadły i usłyszeć swój głos.
To chyba rzadkie, aby lubić słuchać swojego głosu.
Tak, na pewno rzadkie. Ale strasznie
to lubił. Był też wielkim bałaganiarzem. W swoim biurze miał góry papierów,
notatek. Tylko on wiedział, gdzie co jest. Pośrodku biurka było niewielkie miejsca
na maszynę do pisania. U nas w domu w swoim pokoju miał taki sam bałagan ku
wielkiemu żalowi swojej żony.
Dziękuję za rozmowę.
Tadeusz Nowakowski (1917-1996)
– pisarz, publicysta, reporter Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, gdzie
sprawozdawał z procesów niemieckich zbrodniarzy wojennych. Uczestniczył w 30
pielgrzymkach Jana Pawła II, na podstawie których napisał szereg reportaży: Reporter
Papieża (1981), Volo Papale (1982). Był niezwykłym erudytą,
gawiędziarzem. Jego najwybitniejsze dzieła literackie to: Szopa za jaśminami
(1948), Obóz Wszystkich Świętych (1957), Saga rodu Radziwiłłów
(1966), Byle do wiosny (1975). Był także zaangażowany w działalność
społeczną jako delegat Rządu RP w Londynie na obszar Niemiec, członek Związku
Pisarzy Polskich na Obczyźnie, Bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych,
Stowarzyszenia na rzecz Porozumienia Niemiecko-Polskiego w Monachium. Został
honorowym obywatelem Bydgoszcz i Olsztyna.
[1] Stanisław Nowakowski pracował jako zecer i dziennikarz „Kuriera
Katolickiego” w Toledo oraz Kurierze Polskim w Milwaukee.
[2] Gazeta Olsztyńska była głównym organem agitacji
na Warmii i budziła świadomość narodową wśród polskiej ludności.
[3] W maju 1945 roku żołnierze 1. Dywizji Pancernej wysiedlili wszystkich
mieszkańców z miasta Haren, które znajdowało się w Dolnej Saksoni. Osiedlili
się tam Polacy, którzy uczynili z miasta namiastkę Polski. Sprowadzono tam ok.
5 tys. Polaków, którzy zostali uwolnieni z obozów pracy i jenieckich. W
Maczkowie, jak ostatecznie nazwano miejscowość (pierwsza nazwa to Lwów),
funkcjonowały władze samorządowe – burmistrz i rada miasta, szkoły, drużyna
harcerska, szpital, kino, biblioteka i polska parafia. Wydawano także polskie
gazety. Ostatni cywile opuścili Maczków w sierpniu 1948 roku.
[4] Światpol – Światowy Związek Polaków z Zagranicy
[5] Domu Pisarz na Finchely Road był schronieniem dla
wielu polskich literatów i pisarzy. Mieszkali tam m.in. G. Herling-Grudziński,
W. Gombrowicz.
[6] Stanisław Gliwa (1910-1986) – artysta-drukar, linorytnik. W czasie wojny
został internowany w Łucku i przez lata przebywał w sowieckich obozach. Opuścił
ZSRR na mocy paktu Sikorski-Majski i z armią gen. W. Andersa przeszedł cały
szlak bojowy. W tym czasie rysował często sceny batalistyczne i wizerunki
towarzyszy broni. Opracował graficznie 1 i 3 tom dzieła Melchiora Wańkowicza
Bitwa o Monte Cassino.
[7] Tadeusz Podgórski (1919-1986) – żołnierz AK, w czasie wojny pisywał do pism
podziemnych Zryw, Kadra, a później pism emigracyjnych. Reprezentował PPS w
emigracyjnej Radzie Narodowej. Był bliski współpracownikiem Adama i Lidii
Ciołkoszów. Od 1965 do 1985 roku pracował w redakcji Radia Wolna Europa.

































